Rajstwo czyli błogość odżywiania się surowemi roślinami

Kiedy w naszych artykułach zdrowotnych poruszamy temat witarianizmu, wielu czytelników traktuje dane zjawisko jako nowy modny wybryk dziwacznej subkultury antysystemowej, nie mając pojęcia o tym, że już 115 lat temu na polskim rynku książkowym (który wówczas tak jeszcze nie określano) pojawiła się „anonimowa” publikacja pt. Rajstwo czyli błogość odżywiania się surowemi roślinami. Niezbędne uzupełnienie każdej książki kucharskiej /Nakładem Wydawnictwa „Przewodnik Zdrowia”, Berlin, 1904 r./, w której rozpatrywano to zagadnienie nie tylko pod względem zdrowotnym, ale również biologicznym, ekonomicznym, moralnym, a właściwie także religijnym. Należy dodać, że nie wnosiła ona wówczas żadnych przewrotowych ani pionierskich myśli, które mogłyby zaszokować lub zadziwić rzeszę czytelników, gdyż już 20 lat wcześniej zaczęły pojawiać się drukiem dzieła Konstantego Moesa-Oskragiełły, zwanego ojcem polskiego jarstwa, który był gorącym propagatorem podobnego sposobu odżywiania a jednocześnie jednym z licznych „zbożowocowców” tamtej epoki. O tym, że dziś prawie całkowicie zapomniano te czasy, dobitnie świadczy sam fakt braku we współczesnym dyskursie tematycznym polskich określeń „witariańskich”. Niemniej już w wieku XIX dla określenia diety opierającej się na spożywaniu surowych warzyw, owoców i zbóż przyjęły się terminy „rajstwo”, „surowiectwo” lub „surownictwo”, z kolei osoby w ten sposób się odżywiające nazywano „surownikami”, „rajoszami” bądź „zbożowocowcami”, w odróżnieniu np. od „jaroszy”, którzy poddawali pokarm roślinny obróbce termicznej lub – jak wtedy mawiano – przysposabiali potrawy za pomocą ognia.

W celach ilustracji takich tradycji na ziemiach polskich rozpoczynamy niniejszym serię postów przybliżających podobne perełki wydawnicze, z którymi powinien zapoznać się każdy „poszukiwacz prawd żywieniowych”, a także nie mniej liczna rzesza krytyków rzekomo nowych wymysłów rodem z dalekich krain.

Dalej prezentujemy pierwszą część wyżej wymienionej książki w pisowni oryginalnej. Z całością można zapoznać się tutaj.

rajstwo

 

Motto: Główną żywność ludzką przyroda gotuje w słońcu!

 

Część I.

Żywność z roślin surowych, jako dźwignia niepodległości osobistej

i dobrobytu ogólnego.

Zagajenie.

Nieprzebrana moc ludzi narzeka na to, że po­mimo pracy z całych sił nie może nawet wyżywić się należycie.

Roztrząsanie mniejszej lub większej słuszności czy niesłuszności takich lub owych wymagań pozostawiamy tym, którzy się mienią posłannikami do „prostowania niesprawiedliwości”! Nasze za­łożenie zawiera się nie w szumnych a przeważnie czczych żądaniach, lecz w możliwem przyczynieniu się do postępu, który zależy od wszystkich i od każdego.

Zamierzamy więc tutaj wykazać, w jaki spo­sób ludzie, nawet rozrządzający nader skromnemi środkami materjalnemi, mogą się zaopatrzyć w do­brobyt, któregoby im pozazdrościli bogacze, nie zdolni do pokonania własnych ułomności.

W istocie co trzeba rozumieć przez należyte wyżywienie?

Ogromna większość odpowie: przedewszystkiem jeść i pić smaczno i posilnie. — Zgoda, lecz smaczność to rzecz bardzo względna (są gusta i guściki — de gustibus non est disputandum) a o posilności zbyt wielu ma całkiem mylne pojęcie.

Co do smaku, niedarmo przedawne przysłowie mówi: „głód to najlepszy kucharz”. Ale jaki głód? — Rzeczywiste uczucie potrzeby posiłku. Na nic się nie zdadzą najwytworniejsze przysmaki temu, czyj żołądek nie jest w stanie prawidłowej sprawności. A przy dobrem trawieniu, w odpo­wiednim czasie, kęs grubego chleba smakuje wy­bornie, cóż dopiero soczysty, wonny owoc?!

Dlatego zaś, aby żołądek sprawował się jak należy, trzeba mu dostarczać, we właściwej porze i słusznej mierze tego, co przynosi ciału i duchowi największy pożytek, czyli odżywiać się zgodnie z prawami przyrody.

Czy do tego potrzebna możność dogadzania wszelkim zachciankom? — Przeciwnie, taka mo­żność nader często staje raczej na przeszkodzie do życia rozsądnie. Kto ma na zawołanie co tylko zapragnie, ten łatwo traci zdrowe poczucie potrzeb i zadowolenia, wkrótce już nawet nie wie czego pragnąć, szuka uciech w zbytkach i nadzwyczajnościach, staje się ofiarą własnych wybryków, nie­wolnikiem zepsutego żołądka i zwichniętego sma­ku; temu nareszcie nic nie idzie na pożytek. Są to ludzie ze wszystkich najnędzniejsi, a tymczasem inni, biorąc blask ich złota za ciepło słoneczne, gonią za tem, czego ciężaru nie znają. Tą koleją, jeden za drugim, stopniowo wszystkie ludy niby „cywilizowane“ oddaliły się niezmiernie od matki-przyrody, przez co ściągają na siebie coraz więcej wszelkich cierpień cielesnych i duchowych.

I. Pochodzenie kuchni.

Nie ulega wątpliwości, że nim się ludzie wzięli do przysposabiania rozmaitych potraw, za pomocą narzędzi, sprzętów, ognia, wody i t. p., musieli najprzód żywić się tem, co mogli ująć nagiemi rę­kami, zgryźć i pożuć własnemi zębami, przetrawić i przyswoić swemi narządami przyrodnemi. Rzecz również widoczna, że w następstwie człowiek, usi­łując dogodzić swym coraz to wybredniejszym za­chciankom, starał się zarazem ułatwić sobie przyj­mowanie i pożytkowanie jak najodmienniejszych przysmaków. Potrawy gotowane, pieczone, sma­żone i t. p. powstały niezawodnie wskutek dozna­nia pewnej trudności w żuciu, przełykaniu lub trawieniu takich czy owych żywników, nęcących wyglądem, wonią lub wstępnym przedsmakiem. Podobnież musiały się wytworzyć najwyszukańsze, po większej części ostre przyprawy, drażniące pod­niebienie i pobudzające do zalewania się napojami alkoholowemi, nietylko nie gaszącemi pragnienia, lecz owszem podniecającemi je coraz bardziej.

Nic więc dziwnego, że napłodziło się wśród ludzi chorób tyle i takich, iż nareszcie obudziło się i szerzy poczucie niezbędności upamiętania. Główną szkodliwość uznano słusznie w obżeraniu się mięsem, tłustościami lub innem jadłem pocho­dzenia zwierzęcego, przesycającem a zarazem pobudzającem do picia wódek, likierów, wina, piwa, kawy, herbaty i t. p. płynów, drażniących nerwy i wyzyskujących cały nasz organizm. A ponie­waż nauką stwierdzono wyraźnie i stanowczo, że rośliny, używane do naszych pokarmów, zawierają w sobie wszystkie składniki, potrze­bne do budowy, rozwoju i odnawiania wszelkich części ciała ludzkiego, z każdym więc dniem wzrasta liczba zwo­lenników jarstwa, czyli wegetaryzmu, t. j. odży­wiania się wyłącznie roślinnego. Tymczasem i wśród gorliwych jaroszów, przytrafiają się pewne odstępstwa od przedsięwziętej zasady; wszędzie może się napotkać duch ochoczy, ale ciało słabe.

Niejeden, pomimo najszczerszej chęci świece­nia dobrym przykładem, przy życiu samemi rośli­nami, a zarazem nie chcąc pochłaniać ilości nad­miernych, doznaje niedostateczności posiłku i bywa zmuszonym odnawiać raz w raz znajomość z mię­siwem. Ta pozorna sprzeczność pomiędzy zasadami naukowemi a doświadczeniem życiowem, po­chodzi wprost ztąd, że ze swem pożywieniem człowiek postępuje po większej części w sposób całkiem niewłaściwy. Przez warzenie, parzenie, prażenie, pieczenie, smażenie, środki odżywcze ule­gają znacznym zmianom. Przekształcenia pokar­mów za pomocą ognia, mające niby ułatwiać tra­wienie, — w istocie pozbawiają wszelkie materjały znacznej części ich własności pożywnych. Następuje

II. Strata na wartości przez dzia­łanie ognia.

Od gorąca upada zwięzłość molekularna sub­stancji, słabną stosunki elektryczne, ubywa ciep­lika żywotnego, tlenu i rozmaitych składników, potrzebnych dla naszego ciała.

Coprawda, ogień jest najlepszym środkiem od­każającym (desinfekcyjnym) i niszczy wszelkie sto­sunki życiowe, zabija drobnoustroje, bakterje lecz jednocześnie z jarzyn gotowanych, zwłaszcza gdy się odlewa wodę, w której się warzyły, uchodzą niemal wszystkie sole mineralne, wprost niezbędne dla naszego organizmu. Te straty wykazuje nam już samo podniebienie, wiadomo bowiem każdemu, że rośliny gotowane bez postronnych przypraw, — tlustości, korzeni i t. d. — nie smakują zgoła. Wreszcie, tak przy gotowaniu jak i przy wszelkiem innem przysposabianiu potraw za pomocą ognia, powonienie również wyjawia ulatnianie się najbardziej nęcących pierwiastków. Nie darmo też osoby zajmujące się kuchnią, zwykle miewają niewielki apetyt, a pomimo to hodują się lepiej od innych.

Nic więc dziwnego, że przy jedzeniu samych roślin gotowanych, wypada bądź pochł­niać takich pokarmów więcej niż się może strawić, bądź też dopomagać sobie mięsem, które nawet po przerobieniu przez ogień, zawsze jeszcze zacho­wuje znaczniejsze stosunki składników posilnych.

Prócz tego, przez gotowanie, nawet pierwiastki pozostające tracą na wartości. Białko ścina się nietylko w jajach, jak to widać przez porównanie surowych, z ugotowanemi na miękko lub na twardo, lecz także np. w kakao, przez prażenie białkowina staje się trudniejszą do przetrawienia.

Przy pieczeniu, najprzód pewna część mączki zamienia się w cukier gronowy, który następnie rozkłada się na kwas węglowy i alkohol. Strata to znaczna, gdyż ludzkie narządy trawienia posia­dają zdolność przyswajania wielkiej ilości mączki, zwłaszcza przy spożywaniu ziaren surowych.

Wogóle wpływ ognia niszczy zaczyny zawie­rające się w żywności surowej i ułatwiające tra­wienie. Wprowadzanie do żołądka żywności goto­wanej wywołuje tam nadmierne kiszenie, którego wytwory mają własność przyczyniania się do ka­taru żołądka. W ten sposób, pierwiastki same przez się pożyteczne stają się szkodliwemi. Wreszcie dla przekonania się osobiście do jakiego stopnia wpływ ognia działa ujemnie na rośliny, dosyć po­równać smak np. rzodkwi, marchwi, selerów, ce­buli, czosnku, świeżych kalafiorów w stanie suro­wym, z temiż roślinami po ugotowaniu. Przez działanie ognia stają się one tak mdłemi, że niepodobna ich jeść bez soli, lub innych przypraw, zdolnych przynajmniej oszukać podniebienie.

Jeszcze bardziej zaś niż pod względem smaku, strata wartości roślin przez kuchenne przekształ­cenie uwydatnia się w uczuciu nasycenia. – Spo­żywając rośliny w stanie surowym, wystarcza nie­równie mniejszych ilości dla zaspokojenia rzeczywistych potrzeb ciała. Wypada wszakże zwrócić uwagę na to, że ci, którzy poprzednio na strawie kuchennej przywykli do najadania się ile wlezie, aby nie doznać wkrótce braku posilenia, gdy spróbują przejść do żywności surowej, w po­czątku łatwo błądzą pod względem ilości potrze­bnych do rzeczywistego nasycenia, dopóki nie do­świadczą, że trawienie roślin nie wyzyskanych ogniem odbywa się nierównie spokojniej, więc po­wolniej, przyczem uczucie zadowolenia nastaje znacznie później. Ostrzegamy więc niedoświad­czonych i radzimy przedewszystkiem należycie wy­próbować swoje rzeczywiste potrzeby a tymczasem przecierpieć nieco zwodniczego wrażenia niby głodu. Za taki dobrowolny post, nawet wcale niedługi, zostaną sowicie wynagrodzeni przedtem nieznanem rozkosznem uczuciem ograniczenia potrzeb do prawdziwej miary ludzkiej przyrody, czyli stoso­wnie do słów starożytnego mędrca Sokratesa „upodobnią się bogom, którzy nic nie potrze­bują”.

Przy spożywaniu zaś strawy kuchennej napychamy się przesadnym ogromem objętości, sprowadzającym chorobliwe rozszerzenia żołądka, wsku­tek obarczania jego przedmiotami niepożytecznemi a tem samem szkodliwemi dla naszego ustroju.

Ludzkie narządy trawienia są znakomicie zbu­dowaną maszyną, która jednakże przestaje działać prawidłowo, skoro ją przeciążymy nadmierną pracą. Maszyna to żywa, wymagająca odpowiednich wypoczynków, spokoju przywracającego jej składo­wym częściom niezbędną sprężystość; w przeciw­nym razie następują natężne wysiłki, kosztem wszystkich innych narządów (mózgu, nerwów, serca, płuc, mięśni ręcznych i nożnych itd.). Ztąd po­chodzi, po przeciążającej strawie, niechęć do czyn­ności jak cielesnej tak umysłowej — ospałość, nie­udolność powszechna.

Nareszcie żywność surowo-roślinna posiada jeszcze i tę cenną własność, że dostarcza ustrojowi naszemu trwalszego nabytku cieplika żywotnego, przez co karmiący się w ten sposób nabywają niezmiernej odporności wobec zimna, wilgoci oraz innych zmian powietrznych i wogóle wpływów zewnętrznych.

Tłumaczy się to w ten sposób, że w pożywieniu, przysposobionem bez wpływu ognia, zachowują się ciepłotworne węglowodany. W tem przodkują ziarna, mianowicie krupy owsiane i ro­śliny strączkowe, które z tego względu zalecają się szczególnie na pożywienie zimowe. W lecie zaś kwaskawe owoce i zielenizny liściaste mile odświeżają i usuwają pragnienie. A że cieplik cielesny nie pochodzi z gorącej strony, to udowad­nia się dostatecznie faktem, że południowcy w lecie dla ochłodzenia się piją gorącą kawę. Żywotne ciepło wynika raczej z chemicznego składu żywności a także z własnej czynności przyswaja­jącej naszego ustroju, podobnie jak np. woda za­grzewa się przez dolanie do niej kwasu siarczanego.

III. W surowej żywności roślinnej przyjmujemy mniej materyj szko­dliwych.

Równoległe z dodatniem pierwszeństwem ta­kiej żywności staje też jej zaleta ze względu, iż wprowadzamy z nią do ciała swego mniej materyj szkodliwych, mianowicie sztucznych przypraw i nieorganicznej, rzec można, martwej wody. Prócz tego w strawie kuchennej — „zgadnij Jezu kto cię bije“ — pośród wszelkiego rodzaju domieszek, jak tu rozróżnić wytwory podstępne od szczerych pierwocin. Przy żywności zaś z roślin surowych można usunąć nawet podrabiane tłustości, cukier itp. Zamiast oliwy, dość wziąć rozdrobionych migdałów, orzechów (szczególnie kokosowych); za­miast cukru — daktyli, fig, rodzenków. Wreszcie, kto nie potrafi obejść się bez oliwy lub cukru, niech się przynajmniej zapewni co do źródła, z ja­kiego pochodzą. Prócz dobrej oliwy z oliwek lub orzechów włoskich, zasługuje też na rozsze­rzenie olej makowy, z nasion lipowych, ze słone­cznika, z ziarnek bukowych.

Nieapetytny i zawierający szkodliwe dodatki cukier burakowy można zastąpić bądź patoką (syrop), bądź miałkim cukrem trzcinowym czy amerykańskim klonowym, które odznaczają się miłą wonią roślinną. Wogóle cukier im mniej ra­finowany t. j. pozbawiony swej wartości, co do najważniejszych składników pożywnych, zwykle bywa tem brunatniejszy i posilniejszy.

Przy niewarzonej strawie roślinnej, sól ku­chenną i inne mineralne łatwo zastąpić przez sole odżywcze, zawarte w ziołach i roślinach cebulko­wych. Również woda martwa, z powodu domie­szek alkalicznych, lub zbyt żywa, wskutek za­wierania gnilnych żyjątek, pod względem czystości smaku i zdrowości daleko nie warta soków owo­ców, przyrodnie przekroplonych. Wreszcie przy żywności surowo-roślinnej pragnie­nie objawia się chyba w razie gorączki chorobli­wej, która w swą kolej w tych warunkach zdarza się bardzo rzadko. Płynu potrzebnego do roz­miękczania suchych ziaren mogą dostarczać świeżo wyciśnięte soki: zielny, płodowy (z rzepy, marchwi), ogórkowy, melonowy itp.

Nareszcie ponieważ wprowadzanie mniejszej ilości szkodliwych materyj zależy też od zmniej­szenia ogólnej objętości pokarmów, rzecz więc ja­sna, że w roślinach surowych, zawierających wię­cej składników pożytecznych naszemu ciału, niema miejsca dla tylu przedmiotów postronnych.

IV. Rośliny surowe są stosunkowo tańsze.

Zrazu można o tem wątpić, gdyż do kuchni dają się używać rośliny pośledniejszego gatunku, a do użytku w stanie surowym nadają się tylko wyborowe, lecz przy bliższem rozejrze­niu się zwątpienie to ustaje. Po pierwsze, jak wymieniliśmy już poprzednio, surowych roślin po­trzebujemy w mniejszej ilości niż do po­żywienia kuchennego. Po wtóre, dłuższe trwanie posiłku surowego pociąga za sobą jedzenie rzadziej. Najdłużej trwa nasycenie po spożyciu surowych odwilżonych zbóż i płodów strączkowych. Jeden porządny obiad wystarcza na całą dobę, chyba z niewielkim dodatkiem owoców na wieczór.

Dalsza oszczędność wynika z uproszczenia po­karmowej gospodarki, usunięcia kuchennego pieca i zysku na czasie i trudzie przez uproszczenie zabiegów.

Coprawda żywienie się surowiznami wymaga roślin wyborowszych. Przytem zmysły smaku i powonienia wkrótce się udelikatniają, co prócz wyboru co do gatunku pociąga też za sobą potrzebę znacznej odmienności, dla której nieraz wypada uciekać się do płodów i owoców zakrajowych. Nakoniec dla roz­powszechnienia żywności surowej potrzeba uszla­chetnić miejscowe zboża, jarzyny i owoce, a na to poświęcić więcej pracy więc i kosztu.

Lecz to wszystko pokrywa się z wielkim za­pasem przez sam jeden przedmiot następujący.

V. Uproszczenie gospodarki pokar­mowej.

Przy żywności surowej, ogranicza się możliwie kuchenne niewolnictwo, uwal­niają się siły robocze, ubywa kło­potów domowych. Zmniejsza się ilość por jadalnych, skraca przysposabianie, cała zbro­jownia pokarmowa schodzi do najprostszego wy­razu: cokolwiek narzędzi, możliwie niemetalowych, do drobienia roślin, gruchotania, tarcia, lub tłu­czenia ziaren, wyciskania soków.

Do przyrządzania potraw surowych dosyć jednej poważnej glinianej misy do tarcia z towa­rzyszeniem maczugi z klonu, dużej deski do sie­kania z odpowiednim nożem, strugałki do ogórków, dużego i małego żelaza do rozcierania, moździerza i pomywaczki, a do wyciskania soków — sto­sownej ciskawicy.

Tem niemniej do urzeczywistnienia tak wielkiego postępu w sposobie życia, staje na zawadzie nawyknienie a raczej wnałogowienie się do tego, co czynili ojcowie i matki, dziadowie i babki.

Nie zapominając o nich, uprzytomnijmy sobie jednak zarazem i dalszych protoplastów.

VI. Tak zwany instynkt a istotne poczucie przyrodzone.

Mówiąc o instynkcie zwierzęcym zwykle ro­zumiemy przez ten wyraz wrodzone poczucie po­trzeb i pożytku, tam i szkodliwości, lecz względem siebie samych używamy tejże nazwy do przykry­cia swych nałogów, urojeń, przesądów i nadewszystko — zamiłowanej pod wpływem nierozważnych pieszczot — opieszałości. Nowizny przy­swajamy sobie zbyt łatwo ze zdradnej ręki mody, ale kiedy chodzi o jakąbądź zmianę rozumną, to nam niezmiernie trudno zdobyć się na potrzebną siłę woli.

W ten też sposób niejeden, na samo wspom­nienie o pokarmie surowym, gotów zakrzyknąć, że to może być dobrem dla bydła, lecz sprzeciwia się jego instynktowi ludzkiemu. Na to można przedewszystkiem odeprzeć, że przecież nie ma odrazy do surowych owoców, sałat, ogórków, rzodkiewek itp.

Zarazem, aby słusznie sądzić o instynkcie ludzkim, spójrzmy na dzieci, u których przyrodny smak jeszcze nie spaczony. Tylko chyba ma­leństwa obarczone chorobliwemi skłonnościami dziedzicznemi gonią za mięsem, lub cukierkami; wszystkie inne wolą surowe, nietylko miękkie jabłka, gruszki, maliny, poziomki, agrest itp. owoce lub jagody, lecz również i twardą rzodkiew, rzepę, marchew, brukiew, pieńki kapusty, nie mówiąc już o grochu, bobie, szczawiu i. w. i.

Przecież jak starsi tak i młodzi, dopóki się nie przyzwyczają np. do zimnych kąpieli, doznają w tern pewnej wstępnej obawy, z powodu chwilo­wej przykrości, jaką nam sprawia w początku każde wysilenie, aż uczujemy jego dobroczynne skutki.

Wreszcie instynktowe mamy właściwie tylko dwa zmysły — smak i powonienie — a nawet i te upodwładniają się z czasem rozwo­jowi w dobrym lub złym kierunku; co się zaś tyczy wzroku, słuchu, dotykania i reszty naszych zmysłów, chociaż nienazwanych a przecież objawia­jących się pod postaciami obawy, lub rozwesele­nia itp., wszystko to zależy od głównego środo­wiska naszej czułości — mózgu, będącego jedno­cześnie siedliskiem rozumu, rozwagi, rozsądku, dowcipu, pomysłów i przyrodnie przeznaczonego do rządzenia wszystkiemi naszemi czynnościami.

Nie instynkt ani rozum, lecz wprost bez­myślne chucie pchną ludożerców do napawania się ciałem, krwią i mózgiem bliźnich a nas nau­czyły mordować bydlęta oraz męczyć ogniem wszel­kie pożywienie.

Człowiek jest wyższym od zwierząt nie ina­czej, jak pod warunkiem poddania swego instynktu pod panowanie rozumu i nakazywanej przezeń silnej woli.

Tak więc czego dowodzi instynktowy wstręt ku surowym roślinom ze strony ludzi chorych, z osłabionym narządem trawienia, może właśnie przez niedostateczne jego ćwiczenie, z powodu rozpieszczenia kuchnią i przepalenia ostremi przyprawami oraz napitkami alkoholowemi? — Chyba tylko tego, że nabyli nałogu do wchłaniania jedynie rzeczy w znacznej części przetrawionych i wyzyskanych przez ogień i, wskutek tak wad­liwego postępowania, są czasowo pozbawieni siły, potrzebnej do rychłego przyswojenia sobie lepszych nawyknień.

Kto się zaś takim ułomnościom poddaje przez opieszałość, ten nigdy nie uzdolni się do żadnego postępu ani zasłuży na miano istoty wyższej od zwierzęcia.

VII. Jakie miejsce ma zająć smak.

Nadmieniliśmy już wyżej, iż smak nasz jest zmysłem ulegającym wielkim zmianom. W tym więc względzie chodzi wprost o stopniowe przejście z dawnych nawyknień, które rozum potępia do nowych, jakie nakazuje. Osobisty smak nie jest niczem innem, jak wyrobionym instynk­tem. Najwybitniej stwierdza się to faktem, że jak się mówi pospolicie „co siedem lat“, a właści­wie okresami odmiennemi, smak nasz przekształca się niejako samoistnie.

Prócz nawyknienia, na smak wpływają też przesądy i wyobraźnia. Przy pilnej uwadze każdy może doświadczyć na sobie samym tego, że jadło całkiem nowe, chociażby nawet najprzedniejszy owoc podzwrotnikowy, odrazu nigdy nie sma­kuje tak dobrze, jak po pewnem oswojeniu. Nerwy smakowe potrzebują wprzód nałożyć się do przedmiotu, nim doznają pełnego działania.

Z tego też powodu zupełne rozsmakowanie się i spodobanie pokarmu przedtem nieznanego za­leży równie od dobroty jego składowych części lub udatnego przysposobienia, jak i od pochopu osobistego. Chęci do strawy surowej nabywa się niebawem przez nawyknienie popierane udelikatnieniem smakowych nerwów. Wślad za­tem potrawy gotowane zaczynają robić wrażenie jałowej wodnistości a to w sposób tem więcej sta­nowczy, im bardziej są przyrządzane niewłaściwie. Wtedy także nad jarzyny gotowane na otwartem ogniu zaczyna się przekładać duszone w piecu we własnym soku i tem samem mniej pozbawione swej wartości, o czem dokład­niej w dalszych przepisach „kuchni ulepszonej“.

Tem niemniej początkujący potrzebują siebie przezwyciężyć, nim dojdą do tego, że od rzeczy prawdziwie nieprzyswajalnych dla ludz­kiego ustroju, zdołają odróżnić takie, które z cza­sem staną się przyswajalnemi i nabędą smakowitości w miarę rozwoju zdolności do ich trawienia. Tak więc bywa i odwrotnie, że wsku­tek osłabienia narządu trawienia przez jakąś nieoględność, czasowo przestaje smakować nawet stra­wa najulubieńsza aż się powróci do równowagi. Nie dziw zatem, że początkującym nie smakują takie rośliny, do których przyswajania jeszcze nie wyrobili w sobie potrzebnej siły trawienia. Wreszcie może to też zależeć i od samego sposobu przyrzą­dzenia strawy, np. przez niedostateczne wstępne rozdrobienie, odmiękczenie itp.

 

VIII. Od czego zależy strawność?

Zwolennicy sztuki kucharskiej mniemają, że wstępne przedtrawienie pokarmu działaniem ognia oddaje żołądkowi przysługę przez zaoszczędzenie mu części pracy rozkładowej. W istocie zaś na­leży zważać przede wszystkiem na rodzaj tej pracy i powinno się dbać nie o rozleniwienie żołądka, lecz o uzdolnienie go do przyswajania przy­jętego pokarmu. Właśnie zamiana materyj, czyli czynność rozkładowa na wprowadzonych zasiłkach organicznych, odbywająca się wewnątrz na­szego ustroju, jest źródłem cieplika żywot­nego, t. j. siły naszego ciała; im zaś większe było przedtrawienie, tem słabsza wynikająca ztąd zamiana materyj. Zatem, jeżeli w jakibądź spo­sób z pokarmu bardziej ześrodkowanego osiągnie­my stosunkowo lepsze spożytkowanie, niż z łatwiejszego do przetrawienia, to naturalnie ciało nasze na tem zyska.

Tak więc dawanie np. koniowi owsa, w po­równaniu do siana przedstawia tę korzyść, że ob­jętość dawki jest mniejsza, przyczem zużywa się równa ilość śliny a kaszka z pokarmu pozostaje w żołądku dłużej i ma czas uledz głębszemu działaniu soków trawieńcowych.

Zatem początkujący, dla osiągnięcia prawidło­wego trawienia, potrzebują możliwie korzystać z prawideł następujących.

  1. W początku, spożywać rośliny tylko w małych ilościach, nie wymagając od nich uczucia całkowitego nasycenia, albowiem żołądek, przyzwyczajony do mierzenia swych żądań stopą poprzednich pokarmów gotowanych, może łatwo uledz przeciążeniu przez rośli­ny surowe, które są znacznie pożywniej­sze. Zwłaszcza pokarmów ziarnistych, jak krupy owsiane, pszenne itp., w pierwszym czasie należy używać jedynie namaczanych, odmierzając je dla siebie najprzód łyżeczkami herbatnemi a dopiero później stołowemi. Tyczy się to podobnież odmaczanych ziaren strączkowych, struganej lub tartej kapusty, grzybów i orzechów kokosowych.

Zarazem, dla przyśpieszenia postępu, nie na­leży zbyt łatwo poddawać się zachciankom ku poprzednim potrawom gotowanym. Nigdy nie trzeba jeść wcześniej, aż się uczuje silny, natarczywy głód, co właśnie przyczynia się do podniesienia smakowitości surowych roślin. W razie braku głodu, powinno się przepościć, za­żyć obfitego ruchu na świeżem powietrzu itp. oraz nie jadać przy wielkiem zmęczeniu, kiedy żołąd­kowi braknie sił do pracy.

  1. Jeszcze ważniejszem od jedzenia mało jest jedzenie rzadko; rośliny surowe wymagają przetrawienia samodzielnie całkowitego, które naturalnie odbywa się znacznie powolniej niż częściowe dotrawianie pokarmów już przedtrawionych ogniem. Łatwo zatem zrozu­mieć, że tego trawienia, trwającego dłużej, nie godzi się przerywać przedwczesnem wprowadza­niem do żołądka nowych pokarmów, które mogły­by tam sprowadzić ciężkie zakłócenia.

Ktoby jednakże, z powodu natężnej pracy lub tp. pobudek, w początku nie zdołał zaspokoić słusznych żądań ciała, samem pożywieniem surowem po razu ani nawet po dwa razy na dobę, ten niech sobie dopomoże takim porządkiem przejściowym, że będzie jadał czasowo na śniadanie i wieczerzę po troszę surowizny, a nadto w południe niezbędną ilość innych pokarmów, możliwie łatwostrawnych.

Wogóle przejście do pożywienia czysto suro­wego najlepiej rozpoczynać na wiosnę lub co naj­mniej w porze letniej, kiedy przyroda dostarcza naszemu ustrojowi najwięcej zasiłków przez wdychane powietrze, wówczas nasycone młodzieńczym odwionem świeżej roślinności — powszechnego odrodzenia.

W każdym razie, przy wprawianiu się do strawy surowej, trzeba pilnie zważać na to, że uczucie nasycenia następuje nie u wszystkich w jednakowym przeciągu czasu po zjedzeniu a nieraz nawet całkiem uwodzi. Tak więc niekiedy w kilka godzin no głównem jadle uczuwa się złudny t. zw. „głód trawniczy“, który w istocie nie jest niczem innem, jak żądaniem pomocy do strawie­nia, właśnie gdy się zjadło za dużo. Uczucie to jednakże różni się od prawdziwego głodu tem, że po pewnym czasie ustępuje samo przez się. Wreszcie podobnież bywa i przy pokarmach mieszanych, co zapewne spowodowało zbyt pospolite uciekanie się do popołudniowej „kawuni“, „herbatki“, „five o clock“ itp.

  1. Wszelkie rośliny surowe wymagają starannego żucia i oślinienia, jak spożyte w stanie pierwotnym (co jest nnjsłuszniejszem, lecz wy­maga najwięcej sił trawniczych), tak i przy poprzedniem rozdrobieniu zapomocą narzędzi.) Prócz tego staranne żucie służy do uwydatnienia smakowitości surowych roślin; podczas gdy goto­wane przeciwnie przy dłuższem żuciu tracą resztę pierwotnego powabu, zkąd zapewne powstał szko­dliwy zwyczaj czemprędszego ich przełykania.

Dla osób, mających osłabiony żołądek lub kiepskie zęby, zaleca się szczególnie troskliwe wstępne rozdrabianie a w niektórych razach i prze­siewanie jędrnej żywności surowej, którą wreszcie tem niemniej powinni starannie przeżuwać i ośliniać, gdyż inaczej tej strawy, chociażby nawet miałko sproszkowanej, nie zdołaliby spożytkować należycie. Tacy zaś, którzy doświadczają pręd­kiego zmęczenia mięśni żujnych, powinni ograni­czać się żywnością w stanie rozmiękczonej kaszki. Za to ludziom o dzielnym żołądku i dobrych zę­bach, zamiast cienko rozdrobionych ziaren i jarzyn, radzimy spożywać nietylko grubo tarte, lecz skoro się podoba, to i wcale niedrobione. Zyskają na tem pod każdym względem, bo nietylko będą się żywili prawdziwie po rajsku, darami przyrody w stanie dziewiczości, wolnej od wszelkich wpły­wów postronnych, lecz jednocześnie swym niezwyrodniałym zębom, dziąsłom, podniebieniu, gruczo­łom ślinnym itd. dostarczą rzeźwiącego i czyszczą­cego zatrudnienia.

  1. Osobom osłabionym może dobrze posłużyć wstępna łagodna kuracja wodna, znakomicie pobudzająca apetyt i trawienie, przyczem będzie najwłaściwiej spożywać przeważnie surową rzepę, rzodkiew, cebulę a także zboża, zwłaszcza owsiane krupy i rośliny strączkowe, t. j. pokarmy wy­twarzające dużo cieplika, potrzebnego dla zastą­pienia tego, który zużywają stosowania wodne. W ten sposób kuracja i sposób odżywiania się dzielnie wspierają się wzajemnie i sprowadzają zna­komite skutki.
  2. Do większego wychodzenia surowej żyw­ności na dobre służą wybornie: obfitny ruch, prze­bywanie na wolnem, świeżem powietrzu, praca cielesna, gimnastyka, zimne wycierania, spanie z otwartem oknem, ciepłe i zimne kąpiele, natry­ski itp. Są to wogóle warunki wielce pożądane, zwłaszcza przy żywieniu się surowiznami, wymagającemi podniesionej działalności ciała, które na­wzajem coraz wzmacniają.
  3. Nie należy pić, bez koniecznej potrzeby, ani podczas jedzenia ani wkrótce potem, gdyż przez to pokarm zostałby zbyt prędko wypłukany. Przy przechodzeniu do żywności surowej należy zaczynać od roślin i połączeń najlepiej odpowiada­jących osobistemu smakowi. Rozpoznać się w tym względzie zwykle bywa najłatwiej, przez spoży­wanie przedewszystkiem dowolnych owoców z chlebem; dalszy wybór, wśród innych roślin po­nętnego wyglądu, nasuwa się kolejno sam przez się i daje się stopniowo rozszerzać stosownie do bieżących okoliczności.

Najstrawniejsze, lżejsze od suro­wych owoców są: miazga ze szpinaku, tarta marchew, seler, korzonki pietruszki, rzodkiewki, delikatna żółtawa sałata głowiasta, rzeżucha; z zia­ren zaś: tapioka, ryż, gryka, tarty mak, krupki owsiane.

Po pokarmach gotowanych często się doznaje przepełnienia i ciężkości gdy się jeszcze nie czuje należycie nasyconym; przeciwnie zaś pożywienie surowe nasyca prędzej niż napełnia, wskutek czego po zjedzeniu w miarę ma się uczucie lekkości, sprężystości i usposobiena do pracy jak cielesnej tak umysłowej.

IX. Uzasadnienie odżywiania się rośli­nami surowemi czyli rajstwa[1].

Główną podstawę celowego sposobu życia po­winno stanowić panowanie sił nad słabościami, zdrowego rozsądku nad chorobliwemi żądzami — pożytku nad szkodliwością. Dla życia trzeba jeść, ale nie godzi się żyć jedynie dla jedzenia. Nie sprzeciwia się to bynajmniej jedzeniu z przyjemnością, owszem co przyjemne to i po­żyteczne, ale prawdziwą przyjemność trwale po­żyteczną można znaleść tylko w tem, co nasz ustrój jest w stanie przyjmować, istotnie, stale t. j. należycie przyswajać.

Przy obecnych warunkach bytu ludzkości niby „cywilizowanej” — wśród coraz większych od­stępstw od przyrody, którą niebacznie usiłuje się zastąpić w sposób t. zw. „przyjemniejszy”, przez wszelkiego rodzaju sztuczne wybryki i wybiegi — nader wielu z nas, bez naprężnych podniet, nie jest już w stanie:

Ani spożyć, ani strawić,

Ni pracować, ni się bawić,

Ani płodzić, Ani Chodzić;

Ani wrzasnąć, Ani zasnąć!

W porównaniu do takich, można jeszcze na­zwać zuchem owego Mazura, który znajdował, że „pokąd ciek głodny, to do nicego — a jak się naje, toby tylko lezał!” Nie dziw, że dla takich niedołęgów mnóstwo szkodliwości stało się niejako „ malum necessarium“ — złem niezbędnem!

Ale w taki sposób ród ludzki samochcąc niszczy się coraz bardziej. Każdy więc człowiek jeszcze zdrowo myślący powinien uznać, że czas nagli do czemrychlejszego zawarcia pokoju z przy­rodą, która, chociaż „cierpliwa bo wieczna”, jednak nie potrzebuje pobłażać nam bez końca, znosić naszych coraz większych urągań jej odwiecznym prawom.

Należycie przyswajać możemy tylko to, co przyroda przeznaczyła właśnie dla nas. Chcąc wyraźnie określić to przeznaczenie, powinniśmy obejrzeć się w tył na własne dzieje nasze. Na kuli ziemskiej, roślinność nabyła tak bogatych zasobów pokarmowych dopiero po odłą­czeniu się lądu od wody. Zaledwo w na­stępstwie wytworzyły się wyższe istoty żyjące: słoń, nosorożce, wielbłąd, wół, koń, małpa i — na­reszcie — człowiek. Wyższość tych istot nad innemi stworzeniami ziemskiemi zawiera się głównie w darze większej trwałości, energii nerwowej, w bardziej uskładnionym ustroju nerwowo-mózgowym. Lew, tygrys oraz inne zwierzęta drapieżne, chociaż zdolne do wielkich naprężeń mięśni, lecz to tylko przez czas krótki i są całkiem niezdatne do pracy stałej, przeciągłej, wykony­wanej przez słonia, wołu, konia i człowieka. Je­szcze zaś większej energii nerwowej wymagają wielorako uskładnione ruchy, w jakich człowiek odznacza się swemi drobniejszemu i delikatniejszemi mięśniami palców, gardzieli, języka.

Zarazem dzieje rozwoju człowieka udowodniają osobliwszy wpływ pokarmów roślinnych na nerwy. Cywilizacja, wymagająca delikatniejszego życia ner­wowego, nie istniała podczas okresu łowiectwa, rybołówstwa i bytu koczującego, a powzięła swój początek dopiero z nastaniem rolnictwa.

Jednakże, niestety, postęp wiedzy, ułatwiającej zaspakajanie przyrodnych potrzeb, wkrótce odbił się zdradziecko na warunkach bytu ludzkiego, wywołując coraz większe pożądliwości nowych uciech, które nabyły kolejno pozornego znaczenia niby „potrzeb dodatkowych, przysparzanych sztucznie. Stopniowo rozwinęła się zmysłowość i wynikające stąd zachcianki drapieżne. Nietylko nie zaniechano zbrojnego prześladowania zwierząt i wszelkich istot żyjących w stanie dzikim, lecz w dodatku nagromadzono nowych ofiar pod po­stacią tuczonych w celu czemrychlejszego mordowania domowych bydląt i ptactwa. Wszystko to pod pozorem konieczności dostarczania człowie­kowi pokarmu, obfitującego w białko.

Tymczasem nadmiar białka, z dodatkiem towa­rzyszącego mu fosforu, zamiast spodziewanego wzmożenia sił, sprowadził przeciwne wyzyskiwanie naszych własnych zasobów żywotnych, na rzecz wszelkiego rodzaju robactwa oraz innych pasoży­tów wewnętrznych i zewnętrznych, pożerających zbyt żarłocznych ludzi już za życia i rozumie się, przyśpieszających śmiertelny rozkład przesyconego ustroju naszego. Napłodziło się niezliczone mnó­stwo chorób. Najprzeróżniejsze gorączki, zapale­nia, ropienia i kalectwa pobudziły ludzi do szu­kania środków, mających gasić ten samowolny pożar.

Prócz wina, którem upijał się już biblijny Noe, wymyślono, wypalono, wykiszono, wyparzono nieprzebraną moc wódek, likierów, piw itp. na­pitków alkoholowych lub innych drażnideł nietylko nie gaszących pragnienia, sztucznie wywołanego przez niewłaściwe pokarmy, lecz owszem jeszcze wzmagających szerzącą się pożogę.

Dopiero w nowszych czasach poczuto nie­zbędność ucieczki do przyrodnej równowagi przez należyte zasilanie ciała ludzkiego w odpowiednie składniki. Z tych węglowodany (cukier i mączka tj. wogóle skrobia czyli krochmal), nietylko sta­nowią najznaczniejszą podstawę naszego ciała, lecz zarazem służą do wytwarzania siły mięśniowej i do działalności wszelkich narządów. Przy braku tych składników nie może odbywać się w ustroju ludzkim prawidłowa zamiana materyj tj. nieustanne zastępowanie pierwiastków zużytych, nowemi czyn­nikami żywotnemi.

Ponieważ zaś wszystkie te składniki — w po­żądanej ilości, we właściwym stosunku i w postaci najłatwiej przyswajalnej dla naszego ustro­ju — znajdują się jedynie w otaczających nas roślinach, rzecz zatem prosta, że tylko pokarmy roślinne mogą nas odżywiać w sposób należyty.

Z takiego przeświadczenia powstało jarstwo (wegetarjanizm) czyli zasadnicze karmienie się ogólnie roślinne. Tymczasem rośliny, poddawane wstępnemu działaniu ognia, t.j. w znacznej części już poprzednio wyzyskane, przy spożywaniu w ilości umiarkowanej nie mogą nas posilać dosta­tecznie a w ilościach nadmiernych muszą sprawić więcej szkody niż pożytku. Do żywienia się zaś samemi surowiznami zdołają przejść rychło chyba tylko ludzie wyjątkowo zdrowi, dość młodzi oraz posiadający rzadki zapas silnej woli. Dla wszystkich więc innych przedstawia się jedyna droga praktyczna następująca. Zmierzać do celu, jednakże bez pośpiechu nad siły, przechodząc stop­niowo od poprzedniego sposobu życia do nowego, za pomocą czasowego mieszania, z coraz rzadszem uleganiem dawnym nawyknieniom i coraz śmielszem wstępowaniem w poczet wyżej wspomnianych ludzi całkowicie zdrowych.

Oczywiście trzeba tu mieć na uwadze, że już samo pojęcie o stanie osobistego zdrowia łatwo ulega spaczeniu przez wyobraźnię. Tak więc mnóstwo ludzi, szczególnie wśród niedostatecznie zatrudnionych — mając za dużo czasu i ochoty do ciągłego macania się od końca włosów na głowie aż do nożnych paznogci — stopniowo staje się tem, co nieśmiertelny francuski komedjopisarz Moliere tak żywo przedstawił w swym „Malade imaginaire” (Chory z urojenia). Niektórzy zaś przeciwnie, pod panowaniem żądzy zysku, nieraz prawdziwie niezbędnego, lecz nierzadko też wprost przez ślepą łapczywość, najistotniejszy skarb, ja­kim jest zdrowie, zaniedbują tak dalece, że raptem wpadają w ciężką chorobę, jedynie przez własną nieoględność.

Dla uniknięcia więc przesady w tę lub ową stronę, każdy powinien ciągle baczyć na stan swego zdrowia, lecz to w sposób prawdziwie umiarko­wany, oparty na wyraźnych wskazówkach.

W ogólności za całkiem zdrowych po­winni się uważać wszyscy ci, którym siły i pochop do działalności cielesnej, umysłowej i du­chowej wciąż służą nietylko jednakowo, lecz nawet z pewnym postępem. Tacy zwykle jedzą sto­sunkowo niewiele, za to wszystko spożyte przy­swajają sobie w sposób taki, że wciąż cieszą się we właściwych porach równie dobitnym apetytem (szczerą smaką), pragnieniem wcale nieczęstem i zawsze łatwem do zaspokojenia byle soczystym owocem, porządnem, miernie wolnem stolcowaniem, uczuwaniem zmian ciepłoty zgodnie z ciepłomie­rzem, snem „smacznym”, mocnym, wolnym conajmniej od marzeń dziwacznych i chociaż nie­długim, lecz istotnie pokrzepiającym, świeżącym, rzeźwiącym a zatem — do pracy lub zabawy, do siedzenia czy chodzenia, do badań albo śpiewu, sło­wem do wszystkiego godziwego — nieustannie przy­stępują na zawołanie z jednakową ochotą, pogod­nym humorem i śmiałem kroczeniem ku wyraźne­mu celowi. Przy tem wszystkiem ich nerwy znaj­dują się w stanie takiego spokoju, jakby całkiem nie istniały.

Komu zaś któregobądź z tych warunków za­braknie, ten powinien bez odkładania „do jutra” zważyć spokojnie: przedewszystkiem — czy w pracy, wypoczynku, śnie, wytchnieniu, ruchu lub pożywieniu nie zaszło jakiego schybienia – czego mogło się zdarzyć za mało lub tembardziej za dużo? — Po rychłem wykryciu przyczyn, najczęściej bywa łatwo je usunąć i tem samem prostą drogą powrócić do równowagi — do zupeł­nego zdrowia. W tym celu odżywianie się pokar­mami pierwszorzędnemi t. j. w surowym stanie służyć może jako podstawowy czynnik.

W takim więc kierunku podajemy dalej prze­pisy do przejściowego odżywiania się w sposób postępowy.

(- – -)

Końcowe słówko

Niniejszy podręcznik do spożywania roślinnych potraw na surowo ma być tylko początkowym drogowskazem ku pożądanemu rozwojowi tego przedmiotu.

Surownictwo jest już obecnie naukowo zale­cane i praktycznie używane, jako czynnik dyetetycznie zdrowotny oraz posiłkowo-leczniczy, mia­nowicie przez dra Kelogga (dyrektora za­kładu we Friedensau). Również dr. Bircher-Benner (dyrektor uzdrowiska w Zurychu) w swoim zakładzie poleca i stosuje odżywianie surownicze dwa razy dziennie: na śniadanie i na wieczerzę.

Dalsze nabytki wskazówek, wiadomości o no­wych doświadczeniach i odpowiednie wywody bę­dziemy podawali kolejno w „Przewodniku Zdrowia.

1904 r.

Odnośniki:

[1] Żywienie się pokarmami roślinnemi w ogóle nazwano jarstwem, zwolennicy zaś karmienia się roślinami surowemi – podobnie do pierwszych ludzi w „raju ziemskim”, przeważnie owocami – nazywają rajstwem.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s